Muzyka i mrówki

Muzyka i mrówki

Jest gdzieś takie miejsce na świecie, gdzie każdy może być sobą i czuje się wolny. Jest takie miejsce, w którym nikt nikogo nie wyklucza ze względu na płeć, wiek, wygląd, upodobania muzyczne, czy nawet erotyczne. Miejsce, które nie lubi polityki, choć wiele się w nim o niej mówi. I zapewne wielu z Was zdziwi, że to miejsce jest w Polsce, choć już prawie na granicy z pachnącymi Zachodem Niemcami. Jeśli jeszcze ktoś nie domyślił się o czym mówię, powiem wprost - chodzi o Kostrzyn nad Odrą, a konkretniej w serce, duszę i płuca tego miasteczka - oficjalnie festiwal Po'an'Rock, a nieoficjalnie, dla przyjaciół, po prostu Woodstock.

To miejsce legendarne, owiane słodką aurą, o którym nikt, kto w nim był i uczestniczył we wszystkich jego atrakcjach, nie powiedział złego słowa (no chyba, że nie był, to jest święcie przekonany, że tam to tylko bród, smród, narkomania i niekontrolowane zgony). W tym roku, po raz pierwszy, powiedziałam: sprawdzam! I już wiem, że nigdy więcej tam nie pojadę. Ja JUŻ nie mogę się doczekać, żeby tam WRÓCIĆ.

I umówmy się, nie chodzi tylko o koncerty, przecież niejednokrotnie zaszaleć pod sceną można nawet na dniach gminy, miasta, czy powiatu, poskakać na zamkniętej, kameralnej, dusznej sali klubowej. Można. Ale to wszystko nic w momencie, gdy wprost z każdej strony zalewa cię fala przeróżnej muzyki o zmiennej skali ostrości i łagodności. Kiedy możesz sobie stanąć na środku pola i tańczyć. Albo i nie, jeśli nie chcesz. Można spokojnie siedzieć i spędzić czas ze swoją paczką. Można krzyczeć. Można śpiewać. Właściwie wszystko można. Wszystko, co tylko nie godzi w drugiego człowieka. Brzmi utopijnie?

Moi drodzy, a czy to przypadkiem nie są fundamenty demokracji, którą w bólach sobie wywalczyliśmy?

I nie chodzi też tylko o spotkania w ramach ASP, czyli Akademii Sztuk Przepięknych, gdzie można zobaczyć, posłuchać, porozmawiać z ludźmi znanymi z mediów, choć i to jest niezmiernie cenne. Jeśli ktoś sądzi, że „ta dzisiejsza młodzież to: nic nie czyta/ niczym się nie interesuje/ nie ma żadnych autorytetów...” zapraszam na ASP. Musi tylko przyjść na tyle wcześniej, żeby znaleźć sobie miejsce, zarówno pod namiotem, jak i na okalającym go polu. Zapraszam. I powodzenia.

Więc skoro nie chodzi tylko o festiwalowy rozkład jazdy, to o co chodzi?

Chodzi o tę magię, która sprawia, że wszystko to, co normalnie doprowadza nas do białej gorączki i przeklinania na ten kawałek polskiej ziemi, nagle staje się po prostu fajne. Na przykład: spóźniony i przepełniony pociąg, w którym zawsze jest głośno i nikt nawet nie kryje się ze spożywaniem napojów mandatogennych. Objuczenie wszelkim dobytkiem, który i tak jest wersją minimum potrzebną do przeżycia pod niebem. Spanie na ziemi i modlenie się o deszcz w ilościach minimalnych. Kolejki do toalety (czy czymś na jej kształt i podobieństwo). Kolejki do prysznica (czy czegokolwiek z bieżącą wodą). Kolejki po drogą kawę. Kolejkę po kupony do piwa i kolejkę do piwa. Tłok i ścisk. Deptanie po stopach. Zbyt szybko upływający czas. Śpiewy w nocy. Wszystko tam staje się zupełnie nieistotne, bo z założenia mamy czas, niewiele nam do szczęścia potrzeba.

Wystarczy, że każdy dla każdego staje się przyjazny, mówi sobie na „ty”. Można podejść i zagadać do kogokolwiek i nie rodzi to podejrzeń, ani agresji. Gdzie się sobie pomaga, dzieli piciem, jedzeniem, przytulaniem, „piąteczkami” z przypadkowymi ludźmi, szczerymi uśmiechami.

Szkoda, że taką Polskę można mieć tylko przez kilka dni i to na jednym, niezbyt dużym skrawku ziemi. Szkoda, ale i tak będziemy do niej wracać i o taką walczyć.